Home… sweet home.

Trochę mi się już znudziło, trochę zatęskniłem, trochę się wystraszyłem…

Dojechałem do Dakaru i poczułem  silną potrzebę powrotu do domu. Nie czekając ani chwili kupiłem bilet. Wyleciałem z Dakaru w niedzielę wieczorem i w poniedziałek wieczorem byłem w Warszawie.  Do opisania mam jeszcze odcinek Nałakszot – Dakar, ale to jeszcze nie teraz.

Niemniej jednak, dziękuję wszystkim którzy czytali, śledzili, nalegali żebym częściej pisał i tym którzy pisali komentarze. Wszyscy mnie motywowaliście i dodawaliście sił.

Reklamy

Z Dakli do Nałakszott

Oczekując na autobus z Dakli do granicy, kimnąłem na ławce przy dworcu. Po przebudzeniu spotkałem w jednym tylko miejscu aż 7 polaków! Pierwsza trójka szybko złapała taksówkę więc zdążyliśmy się tylko zdziwić i powiedzieć sobie cześć.  Chwilę później przyszli Tomek z Lindą, z którymi zjadłem ciacho, wypiłem kawkę i po tym jak oni pojechali zwiedzać okolice, a ja posiedziałem na necie, spotkaliśmy się raz jeszcze i raz jeszcze ciacho i kawka 😉 Zrobiło się późno, więc zostałem sam. Podszedłem do okienka, kupiłem bilet i usiadłem w poczekalni. Po chwili przyszedł Frank(niemiec) który jedzie do RPA używając głównie stopa, a gdy robi się trudniej, używa autobusów. Chwilę po Franku, w poczekalni stawiła się kolejna trójka Polaków, jechali do Senegalu żeby poćwiczyć reggae z najlepszymi. Frank i trójka nowopoznanych  Polaków jechała tym samym autobusem, więc jeszcze oczekując na otwarcie granicy byliśmy razem. Tam Polacy pojechali do Nałakszot, a Frank płatnym stopem do Naładibu. To tylko 60km, więc podjechałem rowerem, ale z wiatrem w twarz toczyłem się niewiele ponad 10km/h.

P1060731

Po drodze pierwsze starcie z najdłuższym pociągiem świata. Spodziewałem się, że nie zobaczę początku i końca, ale jego długość nie była aż taaak ogromna 😉

DSCF0468

DSCF0470

DSCF0472

DSCF0474

Już od granicy widać,  że w Mauretanii nie znają złomowania samochodów i tak samo jak w Maroku, wysypisk śmieci. Przy drodze można znaleźć wszystko, głównie reklamówki czy opony ale czasem trafia się nawet auto. Z reklamówkami mają szczęście bo piach wszystko zasłania. W Maroku raczej zaczepiały się o roślinność i tak trzepotały na wietrze. A auta, czasem nawet fajnie wyglądają.

DSCF0477

Krajobraz trochę się zmienia. W Mauretanii, żwir i kamienie zamieniają się na piasek co przez chwilę pozwala się nawet cieszyć tym co mnie otacza.

DSCF0492

Po 60km zmagania się w wiatrem wiejącym w twarz, dojechałem do Naładibu. Spotkałem się z Frankiem, poszliśmy na kolacje, ogarnęliśmy ceny i wróciliśmy załamani do hotelu. Produkty w sklepach, droższe niż w Polsce, ale na szczęście w restauracjach można się najeść już od 2zł ;D Nie ogarniam jak oni to robią, bo przecież produkty muszą brać ze sklepów 😉 Następny dzień, 24 grudnia miał być tym czymś specjalnym, pomysł był taki żeby udać się do kościoła katolickiego i może chociaż w ten sposób odczuć święta. Poszliśmy więc  południe zapytać co i jak. Ksiądz bardzo miły, pamiętał mojego ojca i brata których ugościł 7 lat temu, a nam polał po pół szklanki Johnnie Walkera i zaprosił na msze. Zaprosił również na „mięso świąteczne”, ale widząc jak jest przygotowywane, podziękowaliśmy.

P1060742

P1060758

P1060752

Święta odrobiliśmy sobie następnego dnia w Senegalskiej restauracji zamawiając rybkę, chwilę później mięso a na sporą porcję ciacha i kawę udaliśmy się do cukierni dwie ulice dalej.

DSCF0498

Między 15 a 17 na stację miał zajechać pociąg, więc byliśmy chwilę przed 15. Oczywiście odjechał dopiero po 17, ale trudno mówić o opóźnieniu, bo to przecież pociąg towarowy. Ma podobno od 2,5 do 3 km długości i przewozi rudę żelaza z gór do portu w Naładibu. Wraca pusty, więc do węglarki można wsiąść za darmo.

DSCF0506

DSCF0528

Ze względu na brak drogi asfaltowej popularne jest też przewożenie samochodów, co kosztuje ok 40-100$.

DSCF0499

A dla tych którzy nie chcą się zbytnio ubrudzić, doczepiany jest również wagon „osobowy” za ok 10 zł(Zdjęcia od Franka).

P1060770

P1060783

Nie wiem natomiast ile kosztuje przewóz wielbłąda, ale są i tacy:

DSCF0517

Ja chcąc przeżyć ten przejazd tak prawdziwie, wybrałem węglarkę. Kompletny brak amortyzacji i ciągłe stukanie, szarpnięcia i jeszcze uszkodzona węglarka przede mną… muszę przyznać, że bałem się czy dojadę żywy.

Gdy pociąg rusza lub przyspiesza słychać świst jak gdyby leciało w moim kierunku F16 i nagle odczuwam mocne szarpnięcie. Niejednokrotnie rower się przewraca, a ja ledwo utrzymuję się na nogach. W końcu wyciągnąłem namiot z największej sakwy, zostawiając w niej tylko śpiwór. Mam na czym posiedzieć/położyć się, a śpiwór robi za poduchę. Czuję jakieś podekscytowanie, bo to przecież to ten najdłuższy na świecie pociąg! Ciągną go dwie lokomotywy, a na tyłach jadą jeszcze 3 inne, choć nie wiem czy pchają, czy są ciągnięte. Po kilku godzinach jazdy, robi się nudno, pociąg się zatrzymuje, a do wagonu wita Frank: Żyjesz tu jeszcze? Jak chcesz to możesz się przesiąść do osobowego, bo teraz jest już za free. Ale odzywa się duma i odmawiam. Znów świst, szarpnięcie i jedziemy. Na nowo czuję tą ekscytację. Kłębiące się resztki rudy i piasku osiadają na twarzy, ubraniach i rowerze.

DSCF0542

Momentami pyłu jest tak dużo, że widać tylko własny wagon i tarcze słońca, na które można patrzeć jak na księżyc.

DSCF0534

W końcu po 9 godzinach jazdy pociąg zatrzymuje się ponownie. Frank i miejscowy który pomagał mi załadować rower do węglarki biegną w moją stronę, machając lampką. Czyżby to tu? Przecież do Chaoum jedzie się 12 godzin. Ale jednak. Gdy tylko dobiegają słyszę: Dawaj rower!! Szybko szybko!! Ruchy!! A ja ospały nie wiem za co chwycić. Śpiwór na wierzchu, pod nogami walają się cola, latarka, okulary i przewodnik. Szybciej, dawaj, dawaj!! W końcu sakwa za sakwą, wszystko wędruje poza wagonem. Udało się. Tu jest samochód do Ataru, drogi nie ma, więc rowerem nie pojedziesz. Biegnijcie!! Niestety, miejsca dla mnie już nie było. Pojechałem rankiem dnia następnego.

DSCF0550

DSCF0564

DSCF0547

DSCF0571

DSCF0556

W Atarze zostałem na „campingu” Bab Sahara:

DSCF0663

DSCF2010

DSCF2007

DSCF2009

Drzewa, hamaki ogromny namiot i wszystko zbudowane z taką prostotą.. Idealne miejsce żeby wypocząć. Tak mi się spodobało, że z planowanej jednej nocy, zostałem na 6. W między czasie była tu też dwójka Niemców którzy chcieli wybrać się na offroad zupełnie się na tym nie znając i wynajęli taksówkę 4×4 która miała jechać przed nimi. Korzystając z okazji ja i Frank dopłaciliśmy trochę do „taksówki” i też się przejechaliśmy 😉

DSCF0572

DSCF0632

DSCF0633

P1060924

P1060922

P1060911

P1060974

P1060965

P1060964

P1060945

P1060943

Na sylwestra dostałem nawet kieliszek wina i kieliszek szampana. Tutaj to rarytas, bo nie ma tego w sklepach, a żeby posiadać legalnie, trzeba mieć licencję 😉 W nowy rok, zrobiłem 120km w stronę stolicy, czyli Nałakszot, a następnego jakieś 60 rowerem i wsiadłem do busa, w którego złapaniu pomogli mi Checkpoint’owi policjanci. Nie było to łatwe, bo w kraju gdzie autostopa nie znają, za podwózki płaci się słono. Zaoferowałem 50zł to mnie wyśmiewali(taką tu mają biedę że 50zł to nie pieniądze), ale policjanci powiedzieli że coś się znajdzie i faktycznie za 40 zł pojechałem 😉

Stolica niemile rozczarowuje, bo wygląda jak każda inna wioska, tyle tylko że jest duża. Dalej te małe sklepiki w których do wyboru cola, fanta, herbatniki albo inne ciastka. Znów z pomocą przybywają restauracyjki i dania za 4-6 zł.

Obecność w stolicy wykorzystałem też do wyrobienia wizy Malijskiej na którą teoretycznie czeka się 24h, ale ja czekałem 12 min. Ambasador sam wypisał wniosek, podbił co trzeba, skasował 65zł zamiast 30$ i z uśmiechem oddał paszport. Niestety, o wizę do Senegalu mogę się ubiegać dopiero w poniedziałek, więc tym razem postój jest wymuszony z góry.

Tryb ekspres

Święta tuż tuż, więc mam ochotę spędzić je jako wyjątkowy dzień. Do Polski nie wrócę, ale za to mogę zostać w hotelu z dostępem do internetu, przygotować sobie symboliczną wigilię, albo udać się do kościoła gdzie katolików nie brakuje i wprosić się na wigilię, bo przecież po coś się ten pusty talerz zostawia! ;D I tak też zrobię, bo to moje pierwsze święta bez rodziny i nie pozwolę by były to dni jak każde inne. Nie zrobię tego oczywiście na środku Sahary, a na rowerze nigdzie indziej już bym nie dotarł. Z resztą, już mi się on trochę nudzi ;P Agę i Adama zostawiam za sobą, wsiadam w autobus i jadę do Dakli. Niestety, nie widzę tu najlepszych warunków do spędzania świąt, a od roweru jakoś nie odpocząłem, więc jadę do Nouadhibou, gdzie mojego tatę ugościł niegdyś tamtejszy ksiądz. O efektach na pewno napiszę, więc szykuje się dość radosny i pełen emocji wpis 😉

A co do spraw rowerowych, podczas małego mycia zauważyłem, że pękła mi jedna ze szprych. Przejazd do Dakli przydał się chociaż na tyle, że udało się kupić nową szprychę, nowy nypel i wszystko poskręcać tak, że już wszystko jest ok. A sama Dakla, fajna jako skupisko cywilizacji, ale nie jest jakaś specjalna. Poza ciekawym krajobrazem na wjeździe, wygląda w sumie jak każde inne miejsce w Maroku.

Do poprzedniego posta dorzuciłem kilka fotek których nie zdążyłem wrzucić wcześniej.

I gdybym nie zdążył:

mokolaj

Z okazji nadchodzących świąt Bożego Narodzenia, życzę wam sporych mrozów, dużej ilości śniegu, bigosu z kiełbasą, pysznych pierogów, gorącego barszczyku i najważniejsze rodzinnej atmosfery 😉 Tak żebyście poczuli, że święta to coś wyjątkowego, a rodzina to najwspanialsza część Was. I jak co roku zdrowia, szczęścia i radości!

Dwa tygodnie ciszy…

my

Nie odzywałem się od 15 dni, wiec na szybko małe usprawiedliwienie. W dniu ostatniej relacji spotkałem się z „Patatami i pomarańczami” czyli Agą i Adamem. Było już ciemno, więc po prostu zaczęliśmy szukać noclegu. Camping za drogi, pod meczetem nas nie chcieli, ale w końcu znaleźliśmy kawałek płaskiej ziemi i rozbiliśmy namioty. Zjedliśmy kolacje, chwile pogadaliśmy i jak się okazało, we Wrocławiu mieszkamy od siebie zaledwie 50m dalej ;D Pierwsza wspólna noc mocno burzysta, na szczęście tylko pod względem pogody, bo Aga i Adam okazali się strasznie sympatyczni. To chyba jedyna para, co do której nie jestem w stanie powiedzieć, kogo lubię bardziej. A przecież naturalnym jest, że między pysznymi lodami czekoladowymi i pysznymi truskawkowymi lubi się któreś bardziej…

IMG_5479

Po przebudzeniu okazało się, że rozbiliśmy się na boisku, gdzie od samego rana dzieciaki kopały piłkę.  Zwinęliśmy się na szybko i wjechaliśmy w głąb Safi. Adam zatrzymał się żeby zatankować trochę paliwa do ichniej kuchenki , a Agę zagadało w tym czasie dwóch facetów na motorowerze(pełno tu takich). Jak się okazało, jeden z nich jest profesjonalnym serwisantem rowerów i jeździ na zawody po całym świecie, a w wolnej chwili zakłada sakwy na rower i jeździ sobie na dłuższe tripy. Nie świadomy jeszcze tego, zapytałem czy wie gdzie kupię lepsze klocki hamulcowe, bo moje były już mocno starte. Powiedział żebym jechał za nim. Podjechaliśmy do jego garażu, a tam cały warsztat, masa rowerów i wszystkie takiej jakości, że jest czego zazdrościć. Za free dał mi klocki marki Richey i jeszcze na szybko zamontował. Pochwalił się też kolekcją identyfikatorów serwisanta z wielu liczących się na świecie zawodów kolarskich. Pokazał swój rower i segregator, gdzie zapisywał szczegółowo każdy dzień z sakwami, z jego wypraw, a także członków rodziny. Byłem w szoku.

DSCF0391

Oderwany na moment od nowych przyjaciół popędziłem w ich kierunku żeby wrócić do grupy. Na ogół nie jest to trudne, bo oni się jeszcze rozgrzewają, a ja pędzę jak na zawodach, choć ostatnimi dni staje się to co raz to trudniejsze.

IMG_5330

Wyjazd z Safi w dość toksycznym wydaniu. Śmierdzące i szczypiące twarz opary z fabryki fosforytów.

DSCF0395

DSCF0393

Tego dnia dojechaliśmy do przydomowej wytwórni oliwy z oliwek, gdzie zapytaliśmy czy możemy rozbić się gdzieś z namiotami, ale szybko zostaliśmy zaproszeni do niezagospodarowanej części domu. Rozłożyliśmy sobie tam namioty i powędrowaliśmy zgodnie z zaproszeniem, na herbatę powiązaną z pokazem wyciskania oliwy. Później obiadokolacja w formie przepysznego tajin z rodzynkami. Szybkie naprawy przy rowerach, lulu i śniadanie, oczywiście chlebek z ichnią oliwą.

IMG_5518

Śniadanie nie było zbyt syte więc kilka km dalej zjedliśmy jajecznicę i jakimś cudem dotarliśmy do Essauiry. Tam hotelik, prysznic, obiad i szlifowanie bruków. Pamiętałem jeszcze poty jakie wylałem na trasie Agadir – Essauira, więc pomyśleliśmy o jakimś statku na tym odcinku, ale w porcie były jedynie kutry rybackie. Niemniej jednak, udało się inaczej pokonać drogę do Agadiru, tak że następnego dnia byliśmy już za Agadirem, gdzie rozbiliśmy się w polu mięty i innych przypraw.

IMG_5684

Z Agadiru droga krajowa o mało urokliwych widokach była jedyną możliwością. Do następnego miasta tylko 78km, ale postanowiliśmy przenocować pod miastem, a następnego dnia wziąć hotel i zapłacić za nocleg tylko raz.  Przez dłuższy czas otaczało nas „nic”. Czasem górki, czasem dołki, czasem płaska droga, ale roślinność znikoma, a zwierząt praktycznie brak. Jedynie od czasu do czasu skakały jakieś wiewiórki czy inne podobne. W końcu trzeba było się gdzieś kimnąć, ale wszędzie pustka, i sporo kamieni, co nijak nie chroniło nas od wiatru. Wypatrzyliśmy w oddali szkołę, z murem mogącym nas ochroni przed wiatrem. Zajechaliśmy do środka i chyba wystraszyliśmy tym lekko panią nauczycielkę, ale w efekcie okazało się że możemy zostać, a na kolację i śniadanie dostaliśmy najlepszy w całym Maroku zestaw. Samodzielnie wypiekany chleb, jajecznica, oliwa, miód i masło orzechowe.

IMG_5722

Zgodnie z planami następnego dnia zajechaliśmy do Tiznit, żeby zrobić przerwę serwisową (pranie, pogrzebanie przy rowerach, większe zakupy i inne). Z Tiznit odchodziły dwie drogi, więc wybraliśmy trasę widokową na której według mapy „czasem może nie być asfaltu”. Po ok 70 km asfalt faktycznie się skończył, a co do drogi nabraliśmy sporych wątpliwości. Jedyna droga miała momentami ok 45 stopni nachylenia i wydawała się nie do pokonania na rowerze. Miejsce w którym byliśmy było całkiem ładne, więc postanowiliśmy rozbić namioty, rozpalić ognisko, a nad trasą pomyśleć następnego dnia.

IMG_5802

IMG_5810

Teoretycznie otaczały nas same płaskowyże i ocean, ale w  tutejszych płaskowyżach jest masa „dziur” więc co chwila jest mocno w dół i mocno w górę… Następnego dnia zaczęliśmy rozważać opcję przebijania się przez góry, albo powrotu. Jedyne samochody jakie nas mijały to Land Rovery więc było pewne, że dalej nie pojedziemy na rowerach. Do „przejezdnej” drogi, choć nadal bez asfaltu było jeszcze 30km.

IMG_5824

IMG_5826

DSCF0413

DSCF0415

DSCF0421

DSCF0425

Postanowiliśmy zapłacić za podwózkę jednym z tych aut do miasta obok, przez którą przelatywała znana nam już mało widokowa droga narodowa nr 1. Dostaliśmy się tym sposobem do Guelmim skąd pojechaliśmy jeszcze 40 km i rozłożyliśmy obóz. Następny dzień to dojazd do Tan Tan, gdzie wzięliśmy póki co najtańszy pokój (9,5zł/os). Jak pewnie zauważyliście, z Agą i Adamem korzystam z hoteli co raz częściej, ale to dobrze, przynajmniej jadę w czystych ciuchach i korzystam z prysznica 😉

Do Tarfaya i Laayoune droga cały czas taka sama, dość nudna. Wszech otaczająca pustka przykryta piachem i kamieniami. Czasem tylko w oddali widać fajne wydmy, które pewnie za niedługo będę wyklinał.

DSCF0450

A nawet wielbłądy 😉

DSCF0457

DSCF0458

DSCF0459

Czasem jakiś przebiegnie nam drogę.

DSCF0460

A czasem robi to całe stado ;P

DSCF0434

DSCF0440

DSCF0443

Odległości między miastami zrobiły się bardzo duże, czasem jedziemy z miasta do miasta 2, czasem 3 dni. Waga bagaży wzrasta przez to drastycznie. Normalnie jedna butelka wody 1,5l + jogurt 0,5l + ewentualnie cola 1l to 3l malejące w czasie jazdy. Na 3 dni wychodzi za to ok 12l płynów. A do wzięcia jest jeszcze chleb, coś do chleba i ewentualnie jakieś słodycze. Czasem makaron, czasem kuskus, tudzież zupki chińskie. Te odległości powodują, że zaopatrujemy się jak tylko jest możliwość. Hotel w mieście to norma, ale do miasta trzeba wpierw dojechać, a w mało którym jest internet, więc nawet mając pokój, internetu trzeba szukać w kawiarniach i innych. Przez to odzywam się pierwszy raz od dość dawna i kolejny raz odezwę się pewnie nie szybciej ;P

Czasem bywa gorzej… ;]

Jestem słaby, nie mam siły, nie mam ochoty… W domu jest tak dobrze… Brakuje mi wielkiego kawałka mięsa… Brakuje mi czystych ciuchów i prysznica… chce wracać..

Czasem tak mi się właśnie wydaje, ale czasem sam dochodzę do tego, a czasem przy pomocy innych, że to tylko moja głupia wyobraźnia podpowiada mi te złe rzeczy. A przecież jest pięknie!!! Uf! Ocknij się człowieku ;] Tym razem podziękowania dla najmłodszego brata.

W Marrakeszu poznałem dwóch Algierczyków, przyjechali w celach biznesowych, a gdy mnie poznali, częstowali wszystkim co mieli pod ręką i co tylko kupili. Opowiedzieli mi o Algierii, o życiu tam, o ich rodzinach, przyjaciołach. Kupili kebab, wyłożyli na stół mandarynki, colę, ciasteczka… takie miłe pożegnanie z Marrakeszem.  Następnego dnia miałem wyruszyć w stronę Agadiru, ale ten ból w nogach… wziąłem autobus.

Agadir niemile mnie zaskoczył, najbardziej turystyczne miasto w jakim do tej pory byłem, wszystko takie sztuczne, drogie, bez Berberów. Wszyscy potrafią powiedzieć „dzień dobry”, ale tylko po to by łatwiej opchnąć Ci towar.

Poznałem tam trójkę Polaków. Jeśli dobrze zrozumiałem, to przylecieli i wypożyczyli na miejscu samochód, którym zjeździli pół Maroka. Pogadaliśmy chwilę i opuściłem Agadir, a już kilka kilometrów dalej czekał na mnie normalny Marokański światek. Kupiłem kilka chlebków, fantę i usiadłem na ulicy. Niedługo musiałem czekać, żeby podszedł ktoś i zapytał czy może mi jakoś pomóc, czy mam gdzie spać, czy może brakuje mi pieniędzy, że jem sam chleb? Może kupić Ci cos do tego chleba? Podziękowałem, powiedziałem że wszystko ok i że muszę jechać. Posiedziałem jeszcze chwilę, zbiegła się grupka dziewczynek w wieku na oko 7 – 15 lat. Nieśmiałe, wiedząc że rozmawiałem przed chwilą po angielsku, próbowały dogadać się tak samo. Podbiegały pojedynczo mówiąc szybko „hello” i uciekając do grupy. Słyszałem tylko „ca va?” i odpowiedź „how are you?” i po chwili podbiegały, by wypowiedzieć to co im najstarsza przetłumaczyła i uciekały do grupy. Pośmiałem się i ruszyłem w poszukiwaniu miejsca do rozbicia namiotu. Czekałem na Age i Adama,  ale jak się później okazało, są jeszcze baaardzo daleko ;]

Z nowymi rowerowymi przyjaciółmi nie mogliśmy się porozumieć, bo telefony z polskimi simkami nam szwankowały. Ale przynajmniej odpocząłem, poleżałem w namiocie do 12 i wyszedłem na plaże pooglądać surferów dla których Taghazut jest jednym z najlepszych miejsc na świecie. Spałbym dłużej, ale obudziła mnie para cyklistów, z tego co zrozumiałem powiedzieli, że są z Anglii, ale co mówiłem po angielsku to odpowiadali po francusku, ale gadaliśmy może 2 minuty, więc bez znaczenia. Wróciłem do Agadiru, żeby wejść na neta i dogadać się jakoś z „Patatami”. Później na szybko do McDonald’s i nocna jazda na północ. Droga najgorsza jaką do tej pory jechałem, wiła się między górami w prawo i lewo, non stop ostro w górę, albo ostro w dół. Za dnia wykręciłem jakie 35km, a w sumie tego dnia do ok 3 w nocy zrobiłem 130km. Nie wiem jak zrobili to „Anglicy”, ale znów mnie obudzili o 12 ;]

Tego dnia również poleniuchowałem i znów nocna jazda, tym razem od zmierzchu do 12 w nocy. Lubię tak jeździć, mam mocne światła, żółtą kamizelkę, a i tak jestem sam na drodze bo miejscowi wolą się tu poruszać za dnia. Czuję się na pewno bezpieczniej, a miasta nocą wyglądają jak skupiska gwiazd chowające się na horyzoncie, więc warto ;]

W końcu dojechałem do Essauiry, tym razem za dnia. Standardowo szukałem taniej miejscówki z marokańską herbatą, ale jakoś nie znalazłem. Herbata za 10Dh, ale ludzie nadal ciekawi, a przy okazji widok na spory plac z ludźmi każdej kategorii. Udało się zostawić mp3-kę do ładowania i trochę gadając z ludźmi, trochę czytając przewodnik, trochę obserwując ludzi na placu doczekałem się wieczora. Spodziewałem się jeszcze raz spotkać „anglików”, ale jakoś nie było mi to dane. W międzyczasie zjadłem 2kg mandarynek, za całe 3,60zł ;D Rozbiłem się na plaży, nocą jest fajnie utwardzona i można śmiało jechać po niej rowerem, z rana jest to raczej niemożliwe. Odjechałem więc jakieś 5km od miasta i rozbiłem się na jednej z wydm.

DSCF0378-001

DSCF0388-001

DSCF0381-001

DSCF0386-001

DSCF0382-001

Wyglądało to jak granica pustyni i oceanu, noc była wyjątkowo przyjemna. Rano niestety podczas składania namiotu ułamało mi się 5cm pałąka, ale niema to jakichś odczuwalnych konsekwencji.

DSCF0389-001

Jak zawsze herbatka na dzień dobry, jeszcze 2 kg mandarynek na drogę i ruszyłem w stronę Safi. Droga już zdecydowanie łatwiejsza, po drodze tajin, jako mój ulubiony marokański obiadek, kolejna herbata, internet w kafejce internetowej. Z sumie zrobiłem tylko 60km, ale zrobiłbym pewnie więcej gdyby nie fakt, że zaprosił mnie Ismail, chłopak 29 lat, mieszka w wiosce między Essauirą, a Safi. Nie miałem zapasów „szybkiego” jedzenia, więc zużyłem zapas wody na zrobienie spaghetti. Zostałem na noc, u Ismajla w garażu (bo tak właśnie żyje), rano zaprosił mnie do kawiarni w której „pracuje”(ja widziałem tylko jak robił herbatę dla nas), po czym oprowadził po wiosce i poznał ze wszystkimi przyjaciółmi. Posiedzieliśmy trochę na dupie, oglądając tv, zjedliśmy obiad i tak o 16 ruszyłem do Safi. Pojawiłem się tam jakieś 3 godziny później, by usiąść przed komputerem i popijając kawę zorientować się gdzie są Aga i Adam. Trwał właśnie mecz, więc ludzi było sporo. Gdy się skończył, ludzie się rozeszli, a ja zostałem praktycznie sam. Zainteresowało to jednego z siedzących mężczyzn, jak się na odchodne okazało właściciela kawiarni. Podszedł, zapytał o mnie, skąd jestem, czy przyjechałem rowerem,  jak mi się dogaduje z tutejszymi. Pod koniec zapytał czy mam gdzie spać, bo jest trochę zimno i namiot to nie najlepszy pomysł. Mówił, że mogę zostać w kawiarni, ale wolałem być widoczny z drogi, w razie gdyby „Pataty” przejeżdżały i dodatkowo przejechać jeszcze trochę kilometrów. Nie ucieszył się na odmowe, ale stwierdził, że lubi ludzi z pasją i kazał kelnerowi dać mi 100Dh czyli ok 37,5zł. Nie chciałem przyjmować, bo wydało mi się to dziwne, ale nalegał, więc przyjąłem 😉 Pojechałem jeszcze 10km i rozbiłem namiot. Kolejny dzień był deszczowy, zrobiłem zaledwie 30km,  po czym schroniłem się w kawiarni gdzie zjadłem omlet jako obiadokolację i w momencie braku deszczu rozbiłem namiot. Aga i Adam powinni już być, więc twierdziłem, że albo trzyma ich deszcz, albo się minęliśmy, wróciłem więc do Safi, by znów wejść na neta i cos wymyśleć. Najstarszy z braci podpowiedział mi żebym kupił starter tutejszego operatora i im zaproponował to samo. Tak zrobiłem i wreszcie podłapaliśmy lepszy kontakt. W tym samym momencie najmłodszy brat podniósł mnie na duchu przypominając o planie awaryjnym dla trasy. Autostop!!! Przecież to znasz! I wymienił całą masę zalet autostopa. No dobra, fakt, plan awaryjny jest dobry i wszystko jest ok 😉 Ale jeszcze jadę na rowerze, nie poddaje się za szybko.

Żeby nie było, że zapominam o pozostałym super rodzeństwie, drugi brat wywalczył dla Was tą relację, a najmłodsza siostra też dodaje otuchy i jako jedyna mówi mi prawdę o tym co się dzieje w domu ;]

A dzisiaj wiedząc, że Aga i Adam są tuż tuż, siedzę sobie w kawiarni i oglądam filmy których mi tak bardzo brakuje, opycham się jedzeniem i skrobię tą relację na tym głupim komputerze ;P Nie działa mi już ~, 5, 6, 7, 0, s i del, z cyframi obie radze dzięki klawiaturze numerycznej, ale ciągłe ctrl+v jako „s” mnie moooocno irytuje!! Pozdro ;]

Agadir i chwile na polnoc

Nie mam zbytnio czasu i mozliwosci by napisac dluga, fajna relacje, wiec na szybko: Z Marrakeszu pojechalem autobusem do Agadiru(paskudnie turystycznego miasta) skad jade na polnoc w celu spotkania sie z „Patatami”, a pozniej juz spokojnie i w grupie powrot na poludnie 😉 Teraz jestem w Essauirze, jazde zostawilem sobie na wieczor i pewnie jutro sie polaczymy. Samotnosc jest przygnebiajaca…